Konsultacje społeczne – czy to jeszcze ma sens?
Pamiętasz te plakaty Zapraszamy na konsultacje społeczne przyklejone na słupach? Większość z nas przechodzi obok nich obojętnie. I trudno się dziwić – po kolejnych latach sztampowych spotkań w urzędowej sali z kilkoma emerytami i aktywistami, wiara w sens takich działań gaśnie. A szkoda, bo gdybyśmy tylko zmienili podejście…
We Wrocławiu na osiedlu Kowale urzędnicy zamiast tradycyjnego spotkania zorganizowali piknik sąsiedzki z food truckami, animacjami dla dzieci i stoiskiem konsultacyjnym w formie gry miejskiej. Efekt? Zamiast standardowych 10-15 osób przyszło ponad 200 mieszkańców w różnym wieku. Kluczem okazało się wyjście naprzeciw ludziom, a nie oczekiwanie, że sami przyjdą do urzędu.
Kryzys zaufania – jak go przełamać?
I po co mam chodzić, skoro i tak zrobią po swojemu – to zdanie słyszałem od kilku znajomych. Problem tkwi w doświadczeniach. Gdy mieszkańcy widzą, że ich uwagi lądują w koszu, kolejne konsultacje stają się farsą. Ale są wyjątki.
W Łodzi przy okazji rewitalizacji parku im. Mickiewicza urzędnicy nie tylko wzięli pod uwagę uwagi mieszkańców, ale regularnie informowali mailowo o postępach prac. Co więcej – w dwóch punktach zmienili projekt zgodnie z sugestiami. Efekt? W następnych konsultacjach uczestniczyło o 60% więcej osób.
Nie tylko spotkania – sposoby na realne zaangażowanie
Dobrze wiemy, że nie każdy przyjdzie na zebranie. Ale może odpowie na ankietę online podczas jazdy tramwajem? Albo wrzuci pomysł do skrzynki w bibliotece? Oto sprawdzone metody:
- Warsztaty projektowe z mieszkańcami (jak w Gdańsku przy tworzeniu koncepcji Nowej Politechniki)
- Punkty konsultacyjne w galeriach handlowych w weekendy
- Interaktywne mapy online do zaznaczania problemów
- Sesje coffe & consultation w lokalnych kawiarniach
Najczęstsze grzechy urzędników
1. Ściąga z poprzednich konsultacji – ten sam szablon, te same pytania, zero kreatywności
2. Fachowy żargon zamiast ludzkiego języka (kto normalny mówi przestrzeń publiczna o charakterze rekreacyjno-wypoczynkowym?)
3. Konsultacje na ostatnią chwilę, gdy decyzja jest już praktycznie podjęta
4. Brak informacji zwrotnej – mieszkańcy nie wiedzą, co się stało z ich uwagami
W Białymstoku pokazali, że można inaczej – po konsultacjach wysyłali prosty mail z m: Wasze głosy: 63 za, 12 przeciw. Decyzja: realizujemy projekt z modyfikacjami w punktach 2 i 5. Proste? Banalne. A jednak rzadko spotykane.
Małe kroki, wielkie zmiany
Nie potrzebujesz rewolucji ani wielkiego budżetu. Zacznij od:
- Dodania do zaproszenia konkretnego pytania (Co sądzisz o budowie placu zabaw przy ul. Lipowej?) zamiast ogólników
- Wyznaczenia w urzędzie osoby, która będzie odpowiadać za kontakt z mieszkańcami (to nie musi być etat!)
- Publikowania krótkich podsumowań w social media z hasztagiem #TwojGłosMaZnaczenie
W moim rodzinnym mieście radny zaczął organizować spacery diagnostyczne – wspólne przechadzki po osiedlu i rozmowy o problemach. Bez protokołów, bez urzędowej otoczki. Efekt? Mieszkańcy sami zaczęli zgłaszać się z pomysłami i uwagami.
Prawdziwe konsultacje to nie odhaczanie punktu w sprawozdaniu. To budowanie relacji. I choć wymaga więcej wysiłku niż wysłanie standardowego zaproszenia, efekty mogą być zaskakujące. Wystarczy potraktować mieszkańców jak partnerów, a nie petentów.